Wakacje dawno już za nami. Rozpoczął się dziesięciomiesięczny okres oczekiwania na następne. Na pewno łatwiej go „przetrwać” jeżeli podczas wakacyjnego wypoczynku wydarzyło się coś niezwykłego, do czego można wracać we wspomnieniach podczas długich jesiennych i zimowych wieczorów. Taką „niezapomnianą” przygodę, już po raz czwarty, przeżyli uczestnicy Krajoznawczego Rowerowego Obozu Wędrownego Absolwentów, czyli KROWY. Tym razem ekipa naszych dzielnych cyklistów z Chróściny pod opieką nauczyciela geografii p. Krystiana Iwańskiego wyruszyła Szlakiem Latarni Morskich Polskiego Wybrzeża. Oto krótka relacja z wyprawy:

Dzień I

Wyruszamy na kolejną eskapadę. Dzisiaj przed nami jeden z najtrudniejszych etapów – transport rowerów pociągiem nad morze. Tradycyjnie PKP wystawia na próbę nasz hart ducha i samozaparcie odmawiając, podczas przesiadki we Wrocławiu, zabrania w dalszą podróż 5 z 8 rowerów (powód – w wagonie rowerowym można przewozić tylko 3, zgodnie z ilością haków zamontowanych na ścianie). Po burzliwych pertraktacjach i dokonaniu stosownej adnotacji na biletach informującej, że wieziemy rowery na własną odpowiedzialność nasze wehikuły lądują w pociągu. Późnym popołudniem docieramy do Świnoujścia, które wita nas piękną, słoneczną pogodą. Zmieniamy środek transportu i owiewani morską bryzą pedałujemy do pierwszego punktu naszej wyprawy – Latarni Morskiej w Świnoujściu. Na miejscu dowiadujemy się, że zbudowana w latach 1854 – 1857 latarnia jest najwyższą nad Bałtykiem i jedną z najwyższych na świecie (68 m wysokości). Po zwiedzeniu tej przepięknej budowli zakupujemy tzw. Paszport Miłośnika Latarni Morskich „BLIZA”, gdzie będziemy dokumentować pobyt w kolejnych tego typu obiektach (dokument upoważnia do zdobycia Odznaki Turystycznej Miłośnika Latarni Morskich) i ruszamy w stronę oddalonego o 40 km miejsca noclegu. Po drodze zaglądamy na chwilę do Międzyzdrojów, ale odstraszeni tłumem ludzi, gwarem i hałasem ograniczamy swój pobyt w tym kurorcie do niezbędnego minimum.

Dzień II

Pokrzepieni pysznym śniadaniem (zupą chińską z Radomia) pokonujemy kolejne kilometry naszej trasy. W Trzęsaczu przy ruinach gotyckiego kościoła z XV w. zatrzymujemy się na dłużej. Zniszczona abrazyjną działalnością morza budowla to wspaniały przykład na to, jak czasem bezsilny jest człowiek w walce z żywiołem. Kolejny postój tego dnia to Latarnia Morska w Niechorzu. Zbudowano ją w latach 1863 – 1866. Ośmiokątna wieża o wysokości 45 metrów jest malowniczo usytuowana na krawędzi stromego klifowego brzegu. Wieczorem docieramy do Kołobrzegu. Ostatnie 20 km jedziemy świetnie przygotowaną ścieżką rowerową (polecamy wszystkim cyklistom). Profesjonalna ścieżka to jednak nie jedyna niespodzianka tego wieczoru. Równie imponująco wygląda camping, w którym będziemy nocować. Zgodnie przyznajemy mu ocenę celującą!

Dzień III

Pobyt w Kołobrzegu kończymy wizytą w trzeciej już latarni morskiej. Niestety odwiedzanego przez nas obiektu nie oszczędziły ani morskie żywioły, ani działania wojenne. Latarnia w dzisiejszym kształcie odbudowana została w 1945r.(wysokość wieży 26m). W naszym paszporcie pojawia się kolejna pieczątka, a my ruszamy dalej. Po kilku godzinach „ostrej” jazdy docieramy do zbudowanej w latach 1876 – 1878 latarni w Gąskach. Piękna pięćdziesięciometrowa budowla jest jedną z ciekawszych atrakcji turystycznych regionu (o czym przekonujemy się na własnej skórze „brnąc” w tłumie turystów). Dzień kończymy trzykilometrowym „spacerkiem” po mokrym piasku, z obładowanymi do granic możliwości rowerami, mierzeją oddzielająca od morza J. Bukowo. Poniesione trudy rekompensuje nam jednak (tradycyjny na każdej KROWIE) biwak na plaży. Zachód słońca, tysiące gwiazd na nocnym niebie, szumiące fale i delikatna bryza sprawiają, że choć na chwilę zapominamy o obtarciach i bolących mięśniach.

Dzień IV

Kolejne trzy kilometry „spaceru” i docieramy do Dąbkowic. Oblepione piaskiem rowery podejrzanie skrzypią i trzeszczą. Nie zważając na niepokojące odgłosy ruszamy w dalszą drogę. Nasz cel na dzisiaj – dwie latarnie morskie: w Darłowie i Jarosławcu. Oba obiekty zbudowane zostały w XIX w. Pierwszy z nich o wysokości 22 metrów usytuowano u nasady falochronu przy ujściu rzeki Wieprzy, drugi 33 metrowy na wysokim klifie 400 metrów od morza. Pobyt w latarniach potwierdzamy pieczątką w paszporcie i na nocleg „lądujemy” w Ustce.

Dzień V

Latarnia Morska w Ustce to ostatni punkt naszej wyprawy. Pomimo niezbyt imponującej wysokości (19,5 m) i stosunkowo niedługiej historii, ta dziewiętnastowieczna budowla wspaniale wkomponowuje się w malowniczą architekturę nadmorskiego uzdrowiska. Dzisiejszy dzień poświęcamy na zasłużony odpoczynek. Leżąc na ciepłym piasku wspominamy liczne przygody, których doświadczyliśmy na trasie.

Dzień VI

Dzień zaczynamy pechowo. Na peronie w Ustce stoi 20 obładowanych dwukołowych wehikułów (w tym 8 naszych), a pociąg który podjeżdża nie posiada (rozkład jazdy podawał inną informację) wagonu dla rowerów. Zdesperowani umieszczamy rowery w przedziale pasażerskim. Powstaje gmatwanina kół, błotników i ram. Nie psuje nam to jednak nastroju, przecież za kilkanaście godzin będziemy już w domu. Do Chróściny docieramy nocą… ostatnie uściski dłoni, podziękowania za pełen wrażeń, wspólnie spędzony czas. To jednak nie koniec, dziesięć miesięcy minie szybko i znów spotkamy się na turystycznym szlaku.


Jeszcze w Chróścinie. Już w Świnoujściu. Szlak Latarni Morskich Polskiego Wybrzeża. Na plaży w Międzyzdrojach. Zaślubiny z morzem. W Alei Gwiazd w Międzyzdrojach. Nasza ekipa w Trzęsaczu. Regenerujemy siły kaloriami z McDonalda. Bierki nocą. Wszyscy razem przed latarnią w Kołobrzegu. Na rowerowym szlaku. Nasze dzielne kobietki. Przygotowania do biwaku na plaży. Hmmm... jak romantycznie. Napinka na plaży. Ahoj kapitanie! Nie wszyscy chcieli wejść do morza dobrowolnie. Domek ciasny, ale własny. Ostani, pożegnalny wieczór... jutro wracamy.