Od naszej ostatniej wyprawy minęło 12 długich miesięcy. Trochę wbrew logice, zapominając o trudach ubiegłorocznej eskapady, z niecierpliwością czekaliśmy na dzień, kiedy z obładowanymi do granic możliwości rowerami znów staniemy na peronie stacji PKP w Chróścinie. No i stało się...3 sierpnia z opiekunem naszego koła turystycznego p. K. Iwańskim wyruszyliśmy na drugi etap Krajoznawczego Rowerowego Obozu Wędrownego Absolwentów, czyli KROWĘ 2. Cel mieliśmy jasno sprecyzowany: przejechać rowerami pozostałą część polskiego wybrzeża Bałtyku na odcinku Świnoujście – Rowy. Nasze przedsięwzięcie zakończyło się sukcesem, choć nie było łatwo...ale o tym za chwilę...

DZIEŃ I

Do Świnoujścia docieramy pociągiem. Tym razem bez większych przygód (nie licząc powodującego totalny chaos w rozkładzie jazdy remontu dworca we Wrocławiu i standardowego przeciskania przez wąziutkie drzwi wagonu obciążonych sakwami rowerów) po 8 godzinach podróży jesteśmy na miejscu. Lejący deszcz nie zachęca do wsiadania na nasze wehikuły, ale nie poddajemy się – bagaże zabezpieczamy foliowymi workami i „mkniemy” w dal. Na szczęście po kilkunastu kilometrach deszcz ustaje, a przemoczone ubrania powoli zaczynają przesychać. Docieramy do Międzyzdrojów. Na „Promenadzie Gwiazd” wśród wielu odciśniętych w brązie dłoni znanych artystów odnajdujemy tą, która związana jest z naszym regionem – odcisk dłoni opolanina Michała Bajora. Nadchodzący wieczór, a przede wszystkim tłum turystów sprawia, że dosyć szybko opuszczamy ten znany kurort i malowniczym leśnym szlakiem biegnącym min. wzdłuż Rezerwatu Żubrów przemieszczamy się w kierunku miejsca naszego noclegu, na camping w Świętouściu.

DZIEŃ II

Rano budzi nas prześwitujące przez ściany namiotu słońce. Zapowiada się piękny pogodny dzień. Pełni energii wyruszamy w kierunku Kołobrzegu. Po drodze odwiedzamy Trzęsacz z ruinami gotyckiego kościoła zniszczonego przez erozyjną działalność fal morskich podmywających klifowy brzeg i Trzebiatów z Sanktuarium Macierzyństwa NMPanny. Do Dźwirzyna (miejsca kolejnego noclegu) docieramy na tyle wcześnie, że po trudach całodniowej wędrówki możemy zanurzyć się w kojącej obolałe mięśnie morskiej wodzie.

DZIEŃ III

Dzień zaczyna się zwyczajnie - pakowanie namiotów i bagaży, a potem kolejne „przepedałowane” kilometry oraz mijane piękne, nadmorskie miejscowości: Kołobrzeg, Ustronie Morskie, Gąski (z pięćdziesięciometrową latarnią morska, na którą wspinamy się po 226 schodach (uff!)), Mielno, Unieście, Łazy. Po przejechaniu 70 km zostaje nam tylko z zaplanowanej trasy sześciokilometrowy odcinek plaży, a właściwie mierzei oddzielającej morze od przybrzeżnego Jeziora Bukowo. I tu czeka na nas niespodzianka...o ile jazda rowerem po piasku jest jak najbardziej realna, to przemieszczanie się po nim obciążonym dwukołowym pojazdem jest zupełną abstrakcją. Po dwóch kilometrach pchania „w pocie czoła” grzęznących w piachu rowerów ogłaszamy kapitulację. Nie ma rady – dzisiaj śpimy na plaży. Jak się okazuje przepiękny zachód słońca, oraz brak jakichkolwiek „dobrodziejstw” cywilizacji sprawiają, że jest to najbardziej niezwykła noc naszej wyprawy.

DZIEŃ IV

Poranek przypomina (niestety) wczorajszy wieczór – zapadające się w piasku koła, pot kapiący z czoła i słabnące z każdym pokonanym metrem ramiona. Po dwóch godzinach z ulgą witamy zarysowujące się w oddali ślady bytności człowieka, czyli miejscowość Dąbkowice. Dalsza droga po utwardzonej nawierzchni, po „urokach” wędrowania morskim brzegiem, mija nam tak szybko, że ze zdziwieniem zauważamy, iż docieramy już do Jarosławca miejsca naszego kolejnego biwaku.

DZIEŃ V

Przed nami ostatnie 57 kilometrów jazdy. Kończymy naszą wyprawę przemieszczając się świetnie oznakowaną ścieżką rowerową (szkoda, że jeszcze jest ich tak mało zarówno na wybrzeżu, jak i w innych regionach Polski) z Ustki do Rowów. W Rowach wielkie święto – występy orkiestr dętych i mażoretek z całego kraju. My też mamy swoją malutką uroczystość...po przejechaniu 287 kilometrów dotarliśmy do miejsca, gdzie rok temu zakończyliśmy naszą pierwszą „krówkę”.

DZIEŃ VI

Ostatni dzień pobytu nad morzem przeznaczamy na zasłużony odpoczynek. Spacerując po plaży wspominamy wydarzenia ostatnich dni i snujemy plany na przyszłość. Jednogłośnie zostaje podjęta decyzja – za rok znów wyruszamy. Tym razem spróbujemy dotrzeć na Mierzeję Wiślaną i duńską wyspę Bornholm (raj dla miłośników turystyki rowerowej). Po pysznym obiadku dosiadamy naszych „rumaków” i kierujemy się w stronę Słupska, skąd pociąg odtransportuje nas do domu.

DZIEŃ VII

Wysiadamy z pociągu na stacji w Chróścinie...czujemy zmęczenie, ale też i dumę... osiągnęliśmy zamierzony cel – polskie wybrzeże od Świnoujścia do Helu przejechaliśmy rowerem. Jest jednak jeszcze jedna rzecz, która cieszy bardziej niż te 578 kilometrów pokonanych siłą własnych mięśni, to poczucie wspólnoty i bliskości z tymi, którzy razem z nami przemierzyli, ten pełen przygód, rowerowy szlak.


Witamy w Międzyzdrojach. Dłonią w dłoń z Michałem Bajorem. Śniadanie na plaży. Ekipa w komplecie przed ruinami kościoła w Trzęsaczu.
Droga przez mękę, czyli rowerami po plaży. W promieniach zachodzącego słońca. Nasze obozowisko na plaży w „dzikiej dziczy”. Napis na koszulce tytułem komentarza.