Minęły wakacje, czas leniuchowania, spania do południa i niezliczonej ilości godzin spędzanych przed monitorem komputera. Czy jednak można było ten wakacyjny czas spędzić inaczej? Na pewno tak! Uczniowie, a właściwie już absolwenci, Zespołu Szkół w Chróścinie zrzeszeni w kole turystycznym „TRAMP-EK” postanowili wypocząć aktywnie i pod opieką nauczyciela geografii Krystiana Iwańskiego wyruszyli na KROWĘ, czyli Krajoznawczy Rowerowy Obóz Wędrowny Absolwentów. Oto krótka relacja z sześciodniowej wyprawy:

Dzień I – „Na lądzie i na wodzie…”

Westerplatte – miejsce gdzie 70 lat temu, strzałami z niemieckiego  pancernika Schleswig-Holstein rozpoczął się koszmar II wojny światowejNiedzielny wieczór, stacja PKP w Chróścinie…doniosły moment rozpoczęcia podróży psują nam małe brzęczące stworzonka – komary, które tną bezlitośnie. Na szczęście zapakowane przez zapobiegliwych rodziców preparaty chroniące przed ukąszeniami pozwalają dotrwać do przyjazdu pociągu. Kiedy nadjeżdża, z trudem (tradycyjnie już PKP nie ułatwia nam podróży ) ładujemy rowery do wagonu i w drogę. Jeszcze tylko przesiadka we Wrocławiu, przenoszenie rowerów (brak podjazdów!) z peronu na peron i po całonocnej jeździe docieramy do Gdańska. Wita nas piękne poranne słońce. Dosiadamy naszych wehikułów, startujemy – kierunek Westerplatte. Przy Pomniku Obrońców Wybrzeża ruch – trwają przygotowania do obchodów 70 rocznicy wybuchu II wojny światowej. Z Westerplatte przemieszczamy się do Sopotu, by statkiem wyruszyć na spokojne wody Zatoki Gdańskiej. Punk docelowy naszego rejsu – Hel.

Dzień II – „Z Półwyspu Helskiego na kraniec Polski…”

Wieczorna kąpiel w morzu przywracała siły i dobry humorDrugi dzień wyprawy zaczynamy od naprawienia zniszczeń, jakich w obozowisku dokonała nocna burza. Szalejący żywioł uszkodził stelaże i doszczętnie przemoczył jeden z namiotów. Szybko usuwamy „usterki” i posileni pyszną jajecznicą (z 35 jaj!) przygotowaną przez nasze wspaniałe dziewczyny pedałujemy dalej. Jedziemy wzdłuż Zatoki Puckiej. Widoki przepiękne, ale pełnie szczęścia zakłóca nam jeden „mały” szczegół – wiatr. Wytężamy mięśnie, niestety rowery posuwają się do przodu powoli i z trudem. Wieczorem docieramy do Przylądka Rozewie i Jastrzębiej Góry. To najdalej na północ wysunięty lądowy kraniec Polski (54050’08’’N, 18018’10’’E).

Dzień III – „Pustynna Burza…”

Uczestnicy wyprawy, mimo licznych przeszkód i zmęczenia, jakie musieli pokonać na trasie, zawsze byli pełni energii i szalonych pomysłówWłaściwie do opisu wydarzeń tego dnia dopasować można tylko słowo „pustynna”, bo tempo przemieszczania się naszej ekipy w niczym nie przypominało wspomnianego powyżej zjawiska meteorologicznego. Po minięciu Jastrzębiej Góry i Jeziora Żarnowieckiego (z elementami niedokończonej budowy elektrowni atomowej) wjeżdżamy na wydmy w okolicach Łeby. Koła grzęzną w piasku i część drogi musimy przemaszerować pchając obciążone bagażami rowery. Z nieba leje się żar. Jest jednak myśl, która pozwala przetrwać: nadzieja na wieczorną kąpiel w wodach Bałtyku.

Dzień IV – „W Słowińskim Parku Narodowym…”

Czwartego dnia przemierzamy ścieżki rowerowe Słowińskiego Parku Narodowego. Trasa wiedzie wzdłuż dwóch przybrzeżnych jezior, powstałych w wyniku zamknięcia zatoki przez narastającą mierzeję: Jeziora Łebsko i Jeziora Gardno. Urokliwe zakątki tego obszaru wzbudzają zachwyt: potężne wydmy, liczne bagna i torfowiska.

Dzień V – „Idę na plażę, na plażę…”

Z pełny ekwipunkiem na sopockim molo200 km przejechane rowerem w tak trudnym terenie daje o sobie znać. Dzisiaj pozwalamy odpocząć zmęczonym nogom (i innym częściom ciała cierpiącym w czasie jazdy). Wstajemy wcześnie i rozkładamy się na plaży. Słońce cudownie przygrzewa, lecz po kilku godzinach zgodnie stwierdzamy, że leżenie na piasku nie może konkurować z atrakcjami rowerowej wędrówki. Żegnamy się z morzem i ruszamy na ostatni odcinek naszej trasy: Rowy – Słupsk.

DzieńVI – „Nareszcie w domu…”

Stacja PKP w Chróścinie…po przejechaniu rowerem 250 km, owiani morską bryzą, spaleni słońcem wysiadamy z pociągu. Zakurzone rowery w niczym nie przypominają tych błyszczących „maszyn”, jakie stały tu 6 dni temu. Jesteśmy zmęczeni, ale uśmiech nie schodzi z naszych twarzy, a oczy błyszczą radośnie. Wiemy jedno – przeżyliśmy prawdziwą, wspaniałą wakacyjną przygodę.

Opracowali: uczestnicy wyprawy